Leonard S. Clark: Interview/pl
Wywiad przeprowadzony przez Penny Bott z Leonardem S. Clarkiem 20 stycznia 1975 roku, 5 dni po jego 83. urodzinach, w jego domu w Greenwich.
Pan Seton się jako chłopiece urodzil w Anglii. W wieku około dwudziestu lat został pisarzem. Jego ojciec nie chciał, żeby był pisarzem, ponieważ uważał, że nie ma w tym przyszłości.
Zatem pan Seton wymknął się z Anglii, udał się do Kanady i zmienił nazwisko. Zamiast używać własnego imienia Ernest Seton Thompson, użył nazwiska Ernest Thompson Seton, a pierwsze książki, które napisał, zostały napisane i opublikowane dzisiaj w imieniu Ernesta Thompsona Setona.
W 1900 roku pan Seton wraz z żoną – córką wówczas nienarodzoną – przybył do Cos Cob i kupił części trzech gospodarstw, z wylotem na Orchard Street w Cos Cob. Wzniósł wokół swojej posiadłości ogrodzenie z drutu, a przy wejściu do swojego domu, który znajdował się przy Orchard Street, miał dwie duże żelazne bramy.
To dzisiejsze Pomerance, łącznie z ziemią należącą do ich rodziny. W rzeczywistości posiada go dwie lub trzy gałęzie rodziny."
On zbudował tę bramę i ktoś - i szczerze i uczciwie mówię, że to nie byłem ja - więc ktoś namalował na tej bramie wszystko, co możliwe, czego na takiej bramie nie powinno być. To było w 1902 roku.
Chodziłem wtedy do szkoły w Cos Cob. To nie była wówczesna szkołą obecną, ale szkołą w pobliżu centrum Cos Cob. I pamiętam wyraźnie pana Setona, jak przyjechał wiosną 1902 roku i zaprosił nas, starszych chłopców – a kiedy mówię starszych chłopców, w 1902 roku miałem dziesięć lat – abyśmy przyjechali do jego posiadłości na obóz.
Pamiętam bardzo wyraźnie, że nas, około dziesięciu, dwunastu osób – niektórzy twierdzą, że było to siedemnaście, ale nie sądzę, żeby była to aż taka liczba – podczas naszych wakacji wielkanocnych pojechaliśmy do posiadłości pana Setona. Pamiętam dokładnie, że kazano nam zabrać ze sobą koc, abyśmy mogli tej nocy spać w namiocie.
Pamiętam, że gdy szliśmy w górę, przeskakiwaliśmy przez potok i pamiętam wyraźnie, że na początku roku, pod koniec zimy, strumyk był pełen wiosennych wezbrań. Pamiętam, że mój koc spadł do strumyka, kiedy przez niego przeskakiwałem, więc tej nocy nie miałem żadnego koca, żadnego suchego koca, na którym mógłbym spać. Pamiętam, że pan Seton rozbił jeden namiot a teraz użyłem złego słowa namiot, bo tak naprawdę było to indiańskie tipi. Prawdziwe indiańskie tipi, które Seton kupił gdzieś od Indian i przywiózł ze sobą do swojego mieszkania, które nazywał Wyndygoul.
Pamiętam, że pan Seton miał ogrodnika i zarządcę swojej posiadłości, pana Johna Hansena. A pan John Hansen miał z boku mały namiot – i to był namiot, a nie indyjskie tipi – z boku, gdzie miał służyć jako kucharz. I miał on służyć jako stróż nad grupą chłopców, którzy tam byli. Pamiętam, że wieczorem pan Hansen rozpalił duże ognisko przed naszym namiotem, w miejscu, które zostało uprzątnięte, aby można było tam rozpalić ognisko.
A potem opowiedział nam wspaniałe historie, niektóre z nich, które można przeczytać w jego wczesnych książkach. Opowiadał nam te historie. I oto on, ten wielki, wielki mężczyzna, z ogniem płonącym wysoko, a my, chłopcy, siedzimy wokół i on opowiada te historie, podczas gdy dreszcze przebiegają nam po plecach, gdy słuchamy tego typu rzeczy. Było to najwspanialsze przeżycie, jakiego mógł doświadczyć jakikolwiek chłopiec na świecie. A potem niezwykła rzecz, którą nam powiedział, dotyczyła zasad fair play i tego, aby nigdy nie kłamać. Patrzył z góry na osobę, jeśli powiedziałeś kłamstwo, nawet jeśli było to drobne kłamstwo. Nauczono nas zawsze mówić prawdę.
A potem, gdy pierwsza obóz dobiegał końca, zapytał nas, czy latem wrócimy na obóz. To był po prostu pierwszy obóz… Przyjechaliśmy w sobotę, zostaliśmy na jedną noc, a do domu wróciliśmy w niedzielę. A potem zaprosił nas, żebyśmy przyjechali latem.
Cóż, wtedy przyjechaliśmy, latem. Potem ułożył plany dotyczące tego, co mieliśmy zrobić. Przepłynęlibyśmy jezioro. Do przepłynięcia jeziora było jakieś, och, może sto jardów. A potem wpoił nam w pamięć nie tylko zasady fair play, ale także sytuacje, w których rywalizowaliśmy między sobą. Organizowaliśmy więc wyścigi, podczas których doszło do czegoś, co nazwał zamachem stanu. Zamach stanu był piórkiem, piórkiem, które mogliśmy włożyć we włosy lub wpiąć, a jeśli poszło nam szczególnie dobrze, w górnej części pióra znajdowała się mała biała nitka, którą on założył, i to było wielkie wspaniały wyczyn. I tak nas uczono…