Ernest Thompson Seton: an unforgettable personality/pl

Z kapica.cz
Verze z 25. 4. 2024, 09:49, kterou vytvořil FuzzyBot (diskuse | příspěvky) (Stránka aktualizována, aby odpovídala nové verzi zdrojové stránky)


Edgar M. Robinson, M.H. Prawie czterdzieści lat temu wszedł pewnego dnia około południa do mojego biura w Nowym Yorku[1] pan Ernest Thompson Seton. Przedstawił się i zaprosił mnie na obiad do restauracji hotelu Waldorf Astoria[2] że by przy nim mógliśmy wspólnie pogadać na temat obozowania. Chętnie przyjąłem to zaproszenie, gdyż w tamtych czasach lunch w Waldorfie z tak znamienitym człowiekiem nie był dla mnie codziennością. To był niezapomniany moment.

Podczas naszej rozmowy pan Seton rzucił mi wyzwanie, abym wymienił największego obozownika w historii. Moją odpowiedzią nie był usatysfakcjonowany. I powiedział: „Nie, pan się myli. To Mojżesz był największym przywódcą obozowników w historii. Prowadził preciez dzieci Izraela, gdy obozowały na pustyni przez czterdzieści lat”. Musiałem oczywiście przyznać, że to ale był porządny „obóz”, mówiąc słówami języka tych czasów.

Potem, gdy nasza rozmowa się rozwinęła, opowiedział mi o swoich eksperymentach z chłopcami na swojej ziemi w Cos Cob w stanie Connecticut. W tym czasie byłem sekretarz do pracy s chłopakami w Międzynarodowym Komitecie Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodych Mężczyzn i miałem o siebie wrażenie, że już wiem coś nie tyłko o chłopcach ale też o temacie obozowania, ale szybko zauważyłem w jego opowiadaniu są dla mnie całkowicie nowe pomysły, więc słuchałem z szeroko otwartymi uszami. Wymienialiśmy się pomysłami przez godzinę lub dwie i to był początek naszych stosunków, która się za prawie czterdzieści lat przerodziła do bardzo intymnej przyjazni. Opowiadał mi o swoich wczesnych doświadczeniach, i ja opowiedziałem mu o swoich. Jako nastolatek namówił kilka chłopców z sąsiedztwa do zorganizowania klubu, lub sczepu indianinów. Ja w takim samym wieku zorganizowałem Chłopięce Towarzystwo Literackie, które zajmowało się też wieloma rzeczami, które wcałe nie miały charakteru ściśle literackiego. Oboje nas, od ranego dzieciństwa, ciągło w las, podobnie, jak są kaczki wciągane przez wodę.

Moje pierwsze doświadcenia z obozowaniem zaczynają się około 1877 r.[3], byłem chłopiec, więc nie znam dokładnej daty, ale pamiętam tej okazji. Do naszego spotkania, już prez dwadzieścia lat gromadziłem doświadczenia nie tyłko przy obozach rodzinnych, lub wycieczkowych z grupą przyjaciół, ale też z pozycji dowódcy obozów dla chłopaków. Wydawało nam się, że mamy ze sobą wiele wspólnego pod względem doświadczenia i zainteresowań.

Ale był jakisz nowy smak w rodzaju obozowania, o którym mówił. Coś malowniczego i dramatycznego. Też robiliśmy wspólne ogniska i zbieraliśmy się przy nich mniej więcej w kręgu, aby wziąć udział w wspólnym wydarzeniu towarzyskim, jak tego wymagała okazja, ale zawsze dominowała nieformalność tych spotkań. Ale Seton mówił o sejmowaniu w kręgu, przy skale sejmowej, o przyzwoitości sejmowania, ceremoniach i uroczystej atmosferze tego spotkania. Tam były tańce indiańskie, za dźwięku tom-tomu, ale też rokowania o poważnych sprawach. Było też przyznawanie tytułów, i orlich piór za małe lub duże wyczyny, wyzwania i mnóstwo dla mnie nowych i całkiem nieznanych rzeczy. Od najmłodszych lat we wschodniej Kanadzie znałem Indian mieszkających w pobliżu. Później, w sklepie mojego ojca, handlowałem z nimi. Nie nosili koców, piór a nie rzucali tomahawkami. W niczym nie przypominali dzikiego Indianina z taniego opowiadania przygodowo-awanturniczego. Byłi zdecydowanie oswojoni. Nie widziałem niczego, co mogłoby zainspirować chłopięce pokolenie narodu do zdobywania godnych osiągnięć, w jakimkolwiek kierunku. Byli biedni i zaniedbani. Robili meble koszykowe i rustykalne oraz łapali w pułapki małe zwierzęta dla futra i w ten sposób zapewniali sobie życie, które wydawało nam się raczej nędzne. Nie chcieli pracować więcej, niż musieli, i pragnęli jedynie pieniędzy na najpilniejszą potrzebę. Interesowało ich tyłko że by mieli dość jedzenia i mogli ogrzać się w chłodne dni. W cale ich nie interesowało gromadzenie dobytka[4]. Wydawali nam się jak pewien rodzaj zasiedlonych włóczęgów. Nie pasowali do obrazu szlachetnego czerwonego człowieka typu Hiawathy, ani też niebezpiecznych, okrutnych, żądnych krwi dzikusów, których należało eksterminować.

Więc kiedy Seton zaczął malować swój obraz idealnego Indianina – z czasów, zanim został poniżony przez kontakt z białym człowiekiem, nie można było nie zareagować. Dla tego bardzo się ucieszyłem, że mogę tam pojechać, kiedy zaprosił mnie do Cos Cob, abym zobaczył na własne oczy zespół jego „Seton Indians”. Opowiadał mi o „polowaniu na jelenia” i o tym, jak jego Indianie potrafią wyśledzić szlachetne zwierzę do jego legowiska i uzbrojeni jedynie w łuki i strzały, odnieść zasłużone zwycięstwo. Chciałem zobaczyć, jak to jest w rzeczywistości. „Polowanie na jelenia” to jest grą wymyśloną przez Setona. I na razie tutaj jest dobre miejsce, aby zwrócić uwagę na to wyrażenie „wymyślono przez Setona”. O innych rzeczach można powiedzieć: zaadaptowane przez Setona lub używane przez Setona, ale w przypadku tej gry używam słów wymyślone lub stworzone przez Setona. Dla mnie Seton był „twórczym geniuszem”. Wielu ludzi potrafi zbierać dobre pomysły innych ludzi i układać je na różne sposoby, zmieniać ich nazwy lub modyfikować je, ale potrzeba rzadkiego rodzaju umysłu, aby stworzyć, zapoczątkować, wymyślić, a następnie udramatyzować i dodać blasku nawet tak prostej rzeczy, jak gra „Polowanie na jelenia”.

Tego dnia zebrało się dziesięciu chłopaków i jeleń był przedstawiony. Był wykonany z worka jutowego, wypełnionego słomą. Rzeczywiście wyglądało to jak jeleń; może nie za dużo, ale wystarczająco, aby pobudzić wyobraźnię. Seria koncentrycznych pierścieni wykonanych na nim czarną farbą wskazywała, gdzie powinno znajdować się jego serce. Tutaj ponownie się przejawił następny z pomysłów, charakterystycznych Setona. Mówił: „Użyj symboliki, a nie możesz się zbytnio pomylić, ale jak chceś realism, musiś zrobić to naprawde perfekcyjnie, inaczej będzie to do posmiechu”. Już wiedział, że nie trzeba robić doskonałej repliki jelenia, więc stworzył tylko symbol jelenia, z którego się dla dziesięciu chłopców wyposażonych w wyobraźnię stał prawdziwy jeleń. Wcisnął mi wartość symboliki. Tego dnia on miał być jeleniem, a chłopcy myśliwymi, więc przywiązał sobie na nogi żelazne kopyta, którymi zostawiał śladów, a chłopcy chwycili za łuki i strzały. Kto powiedział Setonowi, jak zrobić te żelazne kopyta? Skąd wziął się pomysł, że ten, który ma być jeleniem, powinien zostawiać ślady, który mogą tropić myśliwi? Podobnie jak chatka, którą za czasu kiedy był chłopcem zbudował według własnego, oryginalnego pomysłu i przechwalał się: „Zbudowałem to wszystko z własnej głowy i zostało mi dość drewna jescze na inną”, tak jeleń i pierwszy zestaw żelazek do robiena tropy, były jego własne pomysły, zrobione według własnego planu i własnymi rękami. Tu była nie tylko konstruktywna wyobraźnia i dramatyzacja, ale filozofia symboliki i rękodzieło prawdziwego artyzmu. Ale skąd chłopcy wzięli łuki i strzały? Na początku nie mieli wystarczających umiejętności, aby je zrobić, więc je kupiono. Seton poszedł do handlarzy, kupił towar i sprzedał go chłopcom. W tym momencie wykazał się zarówno przewidywaniem, jak i hojnością. Zdawał sobie sprawę, że niektórzy ludzie szybko powiedzieliby: „jest to tylko program do zarabiania pieniędzy na chłopakach, polegający na kupowaniu hurtowym i sprzedawaniu chłopcom po korzystnej cenie detalicznej”, więc przyjął praktykę sprzedawania każdego artykułu po cenie niższą cenę, niż musiał sam zapłacić. Oczywiście nie był to dla niego dobry interes i nigdy nie miał taki być. To była hojność. Seton był dość zapalonym biznesmenem, jeśli chodzi o niektóre interesy, ale w stosunku do chłopców zawsze odznaczał się hojnością.

Ale wróćmy do polowania na jelenia. Chłopcy dali mu 10 lub 15 minut na start. Przywiązał sobie do stóp żelazne kopyta, podniósł jutowego jelenia, położył go pod pachą, i ruszył polną autostradą. Szedłem z nim w szybkim tempie. Ślady, które zostawiał w kurzu drogowym, wydawały mnie się wcale nie widoczne. Po przejściu pewnej odległości wiejską drogą zatrzymał się i wskoczył bokiem na płaski kamień. Stamtąd udało mu się dotrzeć do płotu kolejowego, pozostawiając za sobą jak najmniej śladów. Po przejściu pewnej odległości po płocie wszed do lasu, a po przejściu kilkuset metrów między drzewami i zaroślami umieścił jelenia, pod nisko zwisającymi gałęziami cykuty tak, że był na wpół ukryty. Następnie zdejmul żelazne kopyta z nóg i zataczając szerokie koło, dotarliśmy do punktu wyjścia. Teraz spodziewałem się, że wydarzy się kilka rzeczy, ale nic z tego się nie stało. Po pierwsze, spodziewałem się że zobacze chłopców klęczących lub przynajmniej pochylających się i przyglądających tropy które zostawił. Miałem w myśli obraz indiańskiego zwiadowcy, który schylony ostrożnie posuwa się ukradkiem do przodu, jedną ręką osłaniając oczy przed słońcem. Ale ci chłopcy zaczęli uciekać. Potem spodziewałem się, że nie będą mieli pojęciajak dalej, kiedy dotrą do miejsca, w którym ślady zostawione w kurzu na drodze nagle się kończyły. Ale tak nie było. Tego krytycznego miejsca nie minęli o więcej niż sto stóp, zanim krzyk „nie ma śladów!” rozdarł powietrze. Następnie cofając się do ostatniego odnależonego śladu, zaczęli rozprzestrzeniać się wachlarzowo we wszystkich kierunkach. W niewiarygodnie krótkim czasie nowy okrzyk „ślad odnaleziony!” zabrzmiał triumfalnie. W grze liczyły się punkty, a chłopcu, który jako pierwszy odkrył zagubiony szlak, przysługiwała się odpowiadalna liczba punktów. Zebrali się na odnalezionym szlaku i ponownie ruszyli przez las. Tutaj postęp był wolniejszy, gdyż ślad był mniej wyraźny, ale wkrótce rozległ się nowy krzyk. Pierwszy chłopiec, który dostrzegł jutowego jelenia pod cykutą, krzyknął na całe gardło: „Jeleń”! Za to odkrycie przysługiwała mu określona liczba punktów. Reguły gry wymagały wówczas, aby został nieruchomo, a cała reszta dzielnych łowców zajęła miejsce za nim. Teraz do gry weszły łuki i strzały, a każdy chłopiec,w tej koleji jak podszedł na jego miejsce, wystrzelił swoją strzałę w stronę jelenia. Trafienie jelenia gdziekolwiek dawało łucznikowi dalsze punkty; trafienie w jeden z okręgów wokół jego serca dawało większą liczbę punktów, a umieszczenie strzałki w czarnym punkcie reprezentującym serce dawało jeszcze większą liczbę punktów i kończyło grę. Ale jeleń znajdował się jeszcze dość daleko, a na drodze strzały były krzaki i gałęzie, więc nikt nie trafił w „serce” za pierwszym razem. Dla takiej sytuacji zasady pozwalały przejść określoną liczbę kroków i spróbować ponownie z nowej pozycji. Trzeba było więc próbować dalej, próbować jeszcze raz i próbować dalej, aż uznano, że jeleń nie żyje. Opowiadając o tym zdarzeniu, nie można dodać zapału, entuzjazmu i podekscytowania tych, którzy w nim uczestniczyli. Na razie nie było to sztuczne polowanie – coś w rodzaju romansu, ale raczej coś bardzo realnego. Gra była tak pełna dramatyzmu, pełna napięcia w oczekiwaniu i tak intensywna, że każdy chłopiec był na nogach, fizycznie i psychicznie, w każdej minucie. W tej chwili praktycznie zapomniał, kim jest i gdzie się znajduje, gdyż cała jego uwaga była skupiona na tropieniu nieuchwytnego jelenia, a jego umysł był wypełniony oczekiwaniem na osiągnięcie.

I to był na razie ten sposób Setona, który był w stanie wyrwać grupę chłopców z realności i umieścić ich przynajmniej na chwilę w inny świat. Być może wyrażenie „inny świat” mogłoby zostać użyte do opisania wielu jego zajęć z chłopcami. Wyciągnął ich z prozaicznego świata białego człowieka i zamieścał w świat idealnego Indianina. Nie było miejsca w tym idealnym świecie, dla zdegradowanego indianina lub czerwonoskórego krwiożerczy z taniej fikcji. Rozumiał, że prawdziwy indianin dowolnego okresu i miejsca miał zarówno wady, jak i zalety. Nie był ani całkowicie dobry, ani całkowicie źly. Więc Seton rzucił światło na jego zalety, które były rzeczywiste i liczne, i pozwolił, aby jegi wady pozostały w ich cieniu.

Dobrze pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ogień powstający w wyniku pocierania dwóch patyków w prymitywny sposób. Byłem razem z nim w Instytucie Smithsonian w Waszyngtonie. Kustosz wziął z jednego z eksponatów drzewa i zapytał Setona, czy jego zdaniem udało by się zrobić z nimi ogień. Seton powiedział, że chce spróbować. Zdjął płaszcz i szybko scyzorykiem przyciął [węglowy] koniec kija, aby lepiej pasował do gniazda drugiego kija. Następnie dopasowując łuk do kija obrotowego, w niewiarygodnie krótkim czasie wytworzył dym, iskrę i ogień. Od tego czasu wiele razy widziałem, jak rozpalał ogień sejmowy tarciem drzew. Kiedyś usłyszałem, jak bardzo wpływowy człowiek zapytał go: „Jaki jest sens rozpalania ognia w ten sposób w dzisiejszych czasach, kiedy zapałki są tak tanie i pod dostatkiem?” Ten człowiek reprezentował zdecydowaną większość ludzi prowadzoncych swoje życie obecne w prozaicznym, monotonnym świecie. Seton nie jest z tych, i jak by móżliwe, to by raczej wołał żyć w tamtych czasach, w malowniczym świecie wyidealizowanej reality. Nikt, kto kiedykolwiek widział go zapalać tą prymitywną metodą, dostojnymi i efektownymi gestami ceremonialny ogień w środku kręgu sejmowego, w zapierającej dech w piersiach ciszy lasu, by nigdy nie mógłby zadać pytania, dlaczego. Byłoby duchowym rozczarowaniem, gdyby jakaś lekkomyślna osoba zapalił ten ogień, zapalając zapałkę. Nie pasowało to do tego ustawienia. Wokół sejmowego ogniska żyliśmy w tamtych czasach, a nie w obecnych czasach.

Od najmłodszych lat byłem zaznajomiony ze sportami i grami związanymi z rywalizacją. To Seton jako pierwszy zwrócił moją uwagę na to, co uważał za wielkie zło ukryte w takiej konkurencji i zaproponował sposób, w jaki to zaradzić. Kiedy dziesięciu chłopców rywalizuje w biegu na sto jardów, tylko jeden może wygrać, a dziewięciu musi ponieść porażkę. Sprawianie poczucia porażki i upokorzenia dziewięciu chłopcom, aby dać poczucie zwycięstwa i uniesienia jednemu chłopcu, nie przemawiało do Setona. Czemu nie, rozumował, tak to zorganizować, aby każdy chłopiec mógł zostać zwycięzcą i otrzymać pochwałę za wysiłek, jaki w to włożył. Wydawało mu się, że to nie jest dobra psychologia, pozwolić jednemu chłopakowi wygrać wyścig z łatwością lub tylko częściowym wysiłkiem, podczas gdy inny chłopiec, który dał z siebie wszystko i zajął drugie lub trzecie miejsce, był skazany na porażkę, upokorzenie i zniechęcenie. Jeśli istniałby nieunikniony związek pomiędzy walką a rozwojem charakteru, to z pewnością powinniśmy w jakiś sposób rozpoznawać walkę i wysiłek, a także osiągnięcia i osiągnięcia oraz zachęcać do nich.

Na przykład w wyścigu pieszym warto zachęcić każdego uczestnika do rywalizacji z czasem, a nie z towarzyszami. Chwała dla niego polegałaby na tym, jak szybko on potrafił biegać, a nie na tym, jak szybko lub wolno mogli biegać lub biegać inni. Co więcej. Bicie własnego rekordu ma być tym najwyższym osiągnięciem, niezależnie od tego, ilu innych było szybszych lub wolniejszych. Nawet jeśli mógłoby dojść do pobicia rekordu każdego innego zawodnika, nie powinien zmniejszać wysiłku, ale miał by nadal pobijać swój własny rekord ze względu na to, co jest ważne dla niego, a nie z powodu czegokolwiek, co po to robił ktoś inny. Dlatego Seton zalecał rywalizację z czasem i przestrzenią, a nie z towarzyszami. Opracował plan, zgodnie z którym rekord chłopca był prowadzony w punktach. Jeśli przebiegł określony dystans w określonym czasie, tyle punktów; jeśli w szybszym tempie, tyle dodatkowych punktów. Więc każdy chłopiec prowadził swoie notatki o punktach lub rekordach, które udało mu się zdobyć. Kiedy udało mu się osiągnąć pewien wyczyn, przyznano mu „coup”; tam, gdzie dokonano trudniejszego wyczynu, miał prawo na wielki coup. Te same zasady płaciły w przypadku uzyskawania tytułów w sczepie; tytuł nie został przyznany ani wręczony, nawet jak było spełniono warunków, bez udokumentowania każdego osiągnięcia. Być „bohater lub wojownik” tzn. „Sagamore”, czy dokońca „Sachem”, to oznaczało długą listę udanie zdobytych wyczynów. Żaden chłopiec z oryginalnych Indianów Setona przy sejmowaniu wokół ognia nie miał w pieropuszu jedyne orle pióro, na które nie zasłużył.

Błędem byłoby twierdzić, że nie ma dowodów na to, że by już przed zorganizowaniem pierwszego szcepu Indianów Setona w 1902 roku nie było w obozach dla chłopców w Ameryce stosowanego żadnego programu zainspirowanego przez indian. W roku 1901 w obozach chłopięcych Zrzeszenia Chrześcijańskich Chrześcijan Mężczyzn wzięło udział 4327 chłopców z 228 miejscowości. W kilku z nich przywódcy byli zainspirovani obozowaniem w stylu wojskowym, oczywiście znacznie zmodyfikowany i przystosowany do tej okazji. Namioty ustawione były na otwartej przestrzeni, słychać było hejnały, wznoszono flagi, salutowano, oddziały trenowane, pełniono obowiązki wartownicze, a w niektórych prowadzono nawet coś na wzór musztry wojskowej, a także namiot dla oficerów, główną kwaterą. Ale większość obozów miała jednak raczej charakter rodzinny i wielu z nich było zainspirowano Indianami.

Przeglądając numery Association Boys wydane w 1902 roku, znajduję na przykład artykuł George'a G. Pecka zatytułowany: „Czego się nauczyliśmy podczas siedemnastu kolejnych sezonów w Obozie jednego chłopca” (ang. “Things learned in Seventeen Consecutive Seasons in One Boys' Camp”)[5] Między innym, po siedemnastu latach doświadczeń radzi pan Peck, aby „kopjować życie dzikusa (ale nie jego kultury)”. „Obozowanie nie ma być tylko sprawa ubioru”, itp. W innym artykule jest na 15 stronach zatytułowanych „Chłopcy jako dzikusy” (ang. Boys as Savages”)[6] nawołuje: „Jest konieczność starać się o zaspokojenie naturalnych pragnień chłopięcej natury i wykorzystywać ich do szlachetnych celów, zamiast próbowania wszczepienia mu nowego zestawu instynktów, które z niego zrobią małego baranka panny Maryi. W akapicie redakcyjnym w tym samym numerze znalazłem następujące słowa: „pisarz zna zorganizowaną na tej podstawie 'grupę indianów', która jest zorganizowana na tym poziomie, która ma własnego wodza, szamana i strażnika wampum. Wódz zorganizował dla swojego szczepu na niedziele zebranie, i udało mu się to pomyślnie. Jego indianie ozdobili swoją komnatę sejmową odpowiednimi dekoracjami. I wódz przeczytał im o Hiawacie.”[7]

W kolejnym numerze artykuł C. B. Hortona „Zabawa na obozach dla chłopców” (ang. “Fun in Boys' Camps”[8]) mówi o „indiańskich tańcach wojennych”, „o piłce nożnej ludożerców”, itp. Także F. R. Dennis opisuje detalicznie zasady do gry „Białi a indianie”[9]. Artykuł „Dzicy indianie z Buffała” (ang. “The Wild Indians of Buffalo”[10]) od George D. Bivina, zawierający cztery strony, mówi o wojownikach, sagamorach, sachemach, szamanowi, pow-wows, ich indiańskich przezwiskach, pioropuszach, maczugach, malowaniu twarzy, tajemnych opisach, itp. M. D. Crackel pisze o swojej grupie indian z Clevelandu, w artykułe „Siuksowie i Mohawkowie” (“The Sioux and the Mohawks”[11]). Jeszcze później, w 1905 roku, w tej samej publikacji pojawia się artykuł Ernesta Thompsona Setona na temat „Prawa indianów Setona” (“Laws of the Seton Indians”[12]). Akapit redakcyjny w tym numerze zwraca uwagę na wydaną przez Setona „Czerwoną Księgę” (ang. “Red Book”[13]) – trzydziestodwustronicowy opis spraw związanych z Indianami Seton, z ilustracjami tipi, dekoracji itp.

Najbardziej dalekosiężną serią artykułów, która rozpoczęła się w Association Boys w 1902 r. i ukazywała się w każdym numerze przez dwa lata, były „Badania dorastającego chłopięctwa” (ang. „Studies of Adolescent Boyhood”[14]) którą pisał Luther H. Gulick, M.D. Miałem wielki zaszczyt siedzieć jako student pod okiem doktora Gulicka w 1898 roku i to pod jego kierunkiem napisałem wówczas artykuł „Chłopcy jako dzikusy” (ang. “Boys as savages”[6]), który został opublikowany cztery lata później.

Nietrudno zrozumieć moją szybką reakcję na pomysły Setona przy okazji naszego pierwszego spotkania, dla tego, że moje naturalne instynkty chłopieńske były wytrenowane przez doktora Gulicka. Wydawało mi się, że w programie Indianów Setona wiele teorii doktora Gulicka wcieliło się w żywą rzeczywistość. Granie w Indian w przypadkowy, powierzchowny i mniej lub bardziej bezcelowy sposób, jest dalekie od gruntownego programu, zamierzająceho budować charakter człowieka jaki był wprowadzony przez Setona. Jego celem był rozwój charakteru, a nie tylko rozrywka czy zabawa. Aby dać tylko jeden przykład jego sposobu myślenia o trudnym problemie, dobrze pamiętam rozmowę, którą odbyliśmy na temat skalpowania. Skalpowanie było wśród indian bardzo realną praktyką i pojawiło się pytanie, czy w programie dla chłopców należy go całkowicie pominąć, czy też można go w jakiś sposób zaadaptować lub zmodyfikować, aby można go było wykorzystać z korzyścią. Oczywiście w surowej rzeczywistości niemożliwe było zachęcenie chłopców do choćby marnego podejścia do faktycznego skalpowania się nawzajem. Prawdziwym problemem było jednak, jak nadać skalpowaniu wiarygodnej rzeczywistość i uniknąć przy tym teatralności. Łatwo byłoby zrobić z tego śmieszny spektakl, ale pytanie, jak uczynić to poważnym i prawdziwym, a jednocześnie służyć pożytecznemu celowi, było zawiłym pytaniem. Seton postanowił podarować każdemu chłopcu, który się dołączył do sczepu, skalp, składającą się z kręgu ze skóry lub innego materiału o średnicy około 1,5 cala, przez który były przecągnięte długie wiązki końskiego włosia. Podczas przekazania przemówił do chłopca poważnie: „Oto jest twój skalp”. „Jest to symbol twojego honoru, pielęgnuj go tak samo. Możesz go stracić bez całkowitej hańby, ale nie odbędzie się to bez upokorzenia”. Chłopiec mógł stracić swój skalp jedynie w jakimś ważnym konkursie zatwierdzonym przez Sejm. Jeśli przegrał, jego skalp trafił do zwycięzcy, i przegrany został bez kępki, do czasu, kiedy uznano, że w stosunku swojego cierpliwego wysiłku, że już siebie „wyhodował” nowy. Ale wojownik bez skalpu nie miał żadnego głosu w decydowaniach szczepu. Nie mógł nawet zasiadać przy sejmie [ani brać udziału w żadnych konkursach]. Tymczasowo utracił prawo do głosowania, głos i swój symbol honoru. Kiedy innemu członkowi szczepu udało się zdobyć skalp innego „odważnego”, stał się „wojownikiem”.

W ten sposób skalpowanie stało się sprawą najwyższej wagi i stosowano z niego jedynie w rzadkich przypadkach. To, że każdy miał swój własny głos i prawo wyborcze, było zdumiewające. Skalp stał się niemal symbolem samego życia i jego utracenie lekcją, która skłania do tego, że nie należy niepotrzebnie ryzykować życia, ale i to, że ryzykować jest czasami potrzebne.

Tak, ale to był tylko przykład rozumowania Setona; szanuj naturalny instynkt i znajdź sposób na jego zaspokojenie, który będzie nie tylko korzystny, ale także przyjemny i zabawny. Człowiek, który potrafi tak wysublimować skalpowanie, że staje się ono niemal cnotą, jest rzeczywiście twórczym geniuszem. Nie ma tu sprzeczności pomiędzy niechęcią Setona do hurtowej rywalizacji sportowej a jego uznaniem, że są takie chwile i okazje, kiedy jeden chłopiec ma nie tylko prawo wdać się niejako w pojedynek z jednym z rówieśników, ale też nie może uniknąć takiego spotkania, chyba że kosztem własnego szacunku do samego siebie i ryzyka utraty szacunku towarzyszy.

To przenikliwość i mądrość Setona zapewniła ostateczne rozwiązanie tego, co w przeciwnym razie mogłoby przerodzić się w kłótnię lub coś gorszego między dwoma chłopcami równie pragnącymi pewnego rodzaju przywództwa. Takie wyzwanie musiało mieć swoje ujście, dlatego zorganizowano godny konkurs. Ogólnym rezultatem był nie tylko wzrost prestiżu zwycięzcy, ale także wzrost szacunku dla dobrego przegranego, który dał z siebie wszystko.

Zakładając, że tysiące chłopców „bawiło się grą w indian” przed narodzeniem Setona i że przywódcy chłopców wykorzystywali to i tamto z indańskiej tradycji, aby ich bawić i zabawiać, a być może nawet aby ich pouczać i edukować. Faktem pozostaje, że na tyle, na ile jestem w stanie, odkryć, był Seton pionierem w opracowaniu wszechstronnego, kompletnego i wyrazistego planu budowania charakteru poprzez dramatyzację, ożywianie, koordynację i ożywianie indiańskiego życia i kultury. Istnieje ogromna różnica pomiędzy zwykłym hałasem a muzyką, nawet jeśli do produkcji obóch używa się tych samych skrzypiec lub fortepianu. Jeden człowiek może wykorzystać działania polączone z indianami i wywołać niezgodę; a inny może wykorzystywać te same czynności i tworzyć harmonię. To nie płótno, farba i pędzle robią wspaniały obraz. To artysta. Z tych samych surowców różni ludzie wytwarzają różne rzeczy, dlatego też wielu ludzi stworzyło różnorodne programy – dobre, uczciwe i obojętne – nieskuteczne i gorsze.

To był Seton, artysta, który namalował przy użyciu tego materiału wspaniały obraz. To był Seton, muzyk który to wyśpiewał. To twórcza wyobraźnia i duch Setona sprawiły, że to żyło i oddychało. Prawdopodobnie tylko ci, którzy mieli zaszczyt poznać tę magnetyczną osobowość, mogą docenić jego entuzjazm, życzliwość i zaraźliwość jego pomysłów. Nie znaleziono sposobu, aby w odpowiedni sposób docenić Setona za jego wielki wkład, ponieważ tak duża jego część przypada na dziedzinę, w której nie są możliwe żadne prawa autorskie. Pojawiło się wiele częściowych i słabych imitacji jego programu. Tak łatwo jest wybrać z programu to czy tamto, zmienić to tu to tam, a potem pozwolić komuś innemu naśladować naśladowcę i tak dalej, i tak dalej, zapominając o twórcy. Przypominają się wiersze Kiplinga „Odkrywca” (ang. „The Explorer”), w gdzie mówi

„No cóż, wiem, komu przypadnie zasługa – wszyskim tym mądrym gościam, którzy szli wygodnie moimi śladami.
Cały tuzin mężczyzn, co nigdy nie poznał moiego lęku przed pustyniami;
Nocowali w obozach, których znalazłem, a korzystali z wodopojów, których wydrążyłem swoimi rękami.
Teraz się wracają, na wszystkie strony gadają. A ci są nazywani Pionierami!”

Podnieść grę Indianinem z poziomu bezcelowej dziecięcej zabawy do godnego, a zarazem ekscytującego planu rozwoju charakteru, to niemałe osiągnięcie i nie dziwi ogrom nieporozumień i uprzedzeń, które towarzyszyły jej na każdym kroku. Pierwszy szczep zorganizowany przez Setona na jego własnej posiadłości w Cos Cob w stanie Connecticut w 1902 roku szybko przyciągnał baczności, częściowo ze względu na Setona, autora, artystę, wykładowcę, przyrodnika i dobrze znaną postać publiczną. Wszystko, w czym miał swój udział, z pewnością przyciągało uwagę opinii publicznej. Nie trwałoby to jednak długo, gdyby uwagi opinii publicznej nie przykuło coś nowego, czegoś męskiego, coś, co sugerowało wielkie możliwości i zapowiadało szerokie zainteresowanie. Niektórym spodobało się to jako nowy i wyjątkowy wkład w edukację charakteru chłopców. Dla innych była to zagadka, tajemnica z niejasnym odwołaniem do ukrytych instynktów. Niektórzy mieli wątpliwości, inni nieufność, niektórzy obawiali się umniejszenia ideałów chłopca. Niektórzy uważali Setona za mistrza hipnotyzowania, który potrafił rzucić zaklęcie na grupę chłopców i gapiów i sprawić, że na jakiś czas to, co nierealne, wydawało się realne, i obawiali się reakcji i rozczarowania, gdy zaklęcie przestanie działać. Niektórzy twierdzili, że projekt jest niemożliwy lub niepraktyczny bez Setona w centrum; że nie jest to program, w którym zwykły człowiek mógłby liczyć na sukces. Niektórzy nie pochwalali tego i uważali, że cała sprawa jest poniżająca; niektórzy byli sceptyczni, inni widzieli tylko widzialne i słyszeli tylko wokal, pomijając duchowe znaczenie, które mógł uchwycić nawet minimalny wgląd. Wkrótce chłopców tego pierwszego sczepu było powszechnie nazywano „Indianami Setona”. I byli taci którzy tak mówili kpinowo.

Ale jak pomysł zaczął się szerzyć i w innych miejscowościach organizowały się też inne szczepy, przez potoczną konsekwencję nazywali się też „Indianami Setona” i nazwa ta przetrwała aż do roku 1905. Jednak w 1906 roku ukazało się nowe wydanie „Zwóju kory brzozowej” (ang. “The Birch Bark Roll”) i zaczęto używano nazwy „Puszcańscy Indianie” (ang. “Woodcraft Indians”). Nie wiem, jakie znaczenie przywiązywać do poniższego cytatu z tego wydania. „Głównym tematem naszego nauki jest mniej więcej idealny indianin, który reprezentował najwyższy typ prymitywnego życia i który był mistrzem pusczaństwa, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek istniał, albo nie.”. (To ja podkreśliłem kursywą.) W następnym akapicie, który mówi o tym, co kryje się pod słowem „Woodcraft”, zawiera on „wiele gałęzi indiańskiej umiejętności”. Wydaje się, że prawie od tego czasu Woodcraft jest uważany za szerszy termin obejmujący indiańskie umiejętnośći. Można się tylko domyślać, jaki wpływ zadziałał, gdy Indianie Setona stopniowo przekształcili się do puszczańskich indianów (ang. Woodcraft Indians), a jeszcze później w „Ligę Woodcraftu” (ang. “Woodcraft League”). Stopniowo wyłoniły się co najmniej dwie rzeczy; po pierwsze, chęć poszerzenia i poszerzenia pierwotnej idei, zarówno pod względem treści programu, jak i kręgu odbiorców, do którego mógłby być adresowany.

W artykule Setona z 1905 roku znajdujemy dość pouczające stwierdzenie: „Ta sprawa (myślono program indianów Setona) jest tak plastyczna, że można ją w całości lub w części wszczepić w dowolny inny sposób organizacji obozowania, w dowolnym pożądanym zakresie”. To oświadczenie szeroko otworzyło drzwi i każdy mógł wejść i wziąć, co chciał. To było coś więcej niż hojny gest; wyrażało pragnienie jego serca, aby dzielić się tym, co posiadał i dawać wszystkim bezinteresownie. W zamian oczekiwał równie hojnej postawy ze strony tych, którzy otrzymali, w uznaniu daru i odwdzięczeniu się dawcy. Ale w tym był gorzko zawiedziony. Powiedział (Birch Bark Roll, 1906): „Chciałbym poprowadzić cały naród do życia na świeżym powietrzu”. Dalej wskazuje, że jego plan jest adresowany do „młodych ludzi”, a nie wyłącznie do chłopców, i stopniowo rozszerzał swój pomysł, aż objął nie tylko obie płcie, ale wszystkie grupy wiekowe.

Drugą rzeczą, która wyłoniła się w tym okresie ekspansji, była znacznie rozszerzona koncepcja „Woodcraftu”. Wydawało się, że pierwotnym pomysłem był „Indian Craft”, nauka indiańskiej umiejętności dla chłopców, która zawierała też elementy woodcraftu, ale w procesie rozbudowy tego projektu stał się Woodcraft programem dla każdego, który zawierał też elementów z indiańskiej umiejętności. Przez Woodcraft rozumiemy lekkoatletykę na świeżym powietrzu, naukę przyrody i obozowanie jako sztukę piękną. Fotografia jest uznawana za rodzaj badania natury, a umiejętność obozowania, obejmująca najprostsze metody triangulacji, naukę o gwiazdach, odnajdywanie drogi, wyznaczanie kierunku, znajomość języka symbolów, a także wiele z indiańskiej umiejętności. (Seton 1905).

Wydawało się, że termin Woodcraft można rozciągnąć tak, aby obejmował wszystko na świeżym powietrzu, ponieważ według nas: „Dzika przyroda zapewnia ideal obozowania, ale wiele korzyści można uzyskać też mieszkając w namiocie rozstawionym na działce miejskiej, podwórku, lub dachu domowym”. (E.T.S. 1906) Z dachu domu łatwo było przeskoczyć na ulicę i wkrótce pojawiły się gry, w które można było grać na chodnikach, a także pewne formy indiańskiego prześladowania i tropienia od bloku do bloku.

W tym okresie Seton rozpowszechniał pomysły na platformie wykładowej i za pośrednictwem prasy. Zebrał grupę ludzi, którzy działali jako coś w rodzaju Sejmu Narodowego (ang. National Council), ale ich wysiłki, jak się wydaje, ograniczały się do udzielania rad lub porad dotyczących treści programu. Nie miał innego sposobu, aby śledzić, co inne organizacje wykorzystały z jego programu, niezależnie od tego, czy była to część, czy całość. Informacje zwrotne przekazywano mu jedynie drogą korespondencyjną, podczas osobistych wizyt i wzmianek w gazetach. Zutem oka na niektóre druki które wydawała Y.M.C.A. tego czasu, wykazują one duże zainteresowanie tym, co reprezentował Seton, ale nie da się odkryć, jak wiele lub jak niewiele można po nim prześledzić.

Painesville, Ohio, winter camp divided its boys into three Indian tribes, Cleveland had its “Sioux” and “Mohawks”; Newark had everything from Ornithology Clubs, bird clubs, to Gypsy trips and marooning parties. Camp Dudley reported clubs studying Geology, birds, trees, and various wood craft interests, and to earn a coveted “D” the boys had to do many things like mountain climbing, making shelters, cooking simple meals, catching and taming a chipmunk, identifying 20 birds and 20 trees, etc. Montclair camp had its “White man vs. Indian” games; Springfield, Mass., had its “Pawnee Indian Camp”[15]; Roanoke, Va. describes its “Wild Indians” in four pages, ending with this advice: “read Wild Indians of Buffalo, ‘Association Boys’ february 1904, and the little red book ‘How to Play Indian’ by Ernest Thompson Seton”. Another four page article describes “The Snapping Turtles” of 23rd Street Y.M.C.A., New York. Camp Becket reported a library with books on Nature Study, Wood Working, etc., a place to make things, clubs for study of birds, flowers, trees, seeds, mosses, ferns, first aid, life saving, and even an out door presentation of Hiawatha. Several Associations in New Jersey reported nature study clubs organized as “Indian Trailers” with Big Chief, Medicine Man Keeper of the Birch Bark Roll, etc., braves known as Eagle Feather, Rain-in-the Face, Silent Foot, etc. “The boys are very enthusiastic and are becoming quite skilled in woodcraft… …every Association in the County could have a successful and enthusiastic band of young naturalists”. Racine, Wisc. tells of nine Bible clubs formed as “Indian Tribes”. From Eastern District, Brooklyn, we quote: “The fact that 61 campers voted unanimously after trying the Indian form of organization, to repeat it the following season, gives evidence of its popularity. Of course it is true that some men have played Indian in such a juvenile way as to disgust older boys; on the other hand, other men have been able enthusiastically to enlist the entire camp in living what approximated a real Indian life, imitating of course, only the virtues of the savage, not his vices.”

The foregoing quotations, selected at random from one publication of one organization, were printed before much was known about the Boy Scout Movement in America. Doubtless similar quotations could be produced from many other organizations. Whether boys' organizations and organizations which dealt with boys were sprayed or deluged with ideas about Woodcraft, handicraft, nature study, Indian craft, etc. during that period, is a matter of opinion. [That there were more than 57 varieties of effort in this field, one way be sure.] That there was some exploitation of these ideas is evident. A joyful Saturday in the woods could be hitched up inseparably with a less enjoyable attendance at Church or Sunday School the following day. Bible study could be presented as the “Message of the Great Mystery” and made a part of the tribe's regular program. In fact, any particular thing the leader wished, could, to use a mixed metaphor, be decorated with war paint and feathers, wrapped up in a blanket and swallowed whole at a camp fire pow-wow.

I wish to bear testimony to the generosity and tireless efforts of Seton during this period of seed sowing. True, his formal lectures were booked through a lecture bureau and he was not allowed to break the price charted where a paid admission was involved, but he said “I can lecture all I want to for nothing”. I do not recall that he ever refused to speak before any group when I asked him to do so. This he did a his own expense, gladly, freely and frequently. He gave days and weeks of time, traveling at his own expense, without thought of financial remuneration, glad of the opportunity to spread his gospel of the “Blue Sky Method” of living. It is because I was able to observe at first hand the effect of Seton's influence on many leaders of boys in America that I can picture what in all probability took place in England as a result of Seton's contacts there. Some seed undoubtedly fell by the wayside, some on stony ground, some among thorns, but some fell in fertile soil and brought forth fruit abundantly. One may read of his lec­tures in London, Newcastle, Rossall, Haileyburg, Ealing, Aysgarth, Dover College, Uppingham, Cheltenham, Aldenham, Fetters' College, Loretto, Harrow, Brighton, Hampstead, etc. and imagine what influences were set in motion in England in the Autumn of 1904. At this time the little “Red Book” already mentioned, was the only printed matter available for distribution at the meetings.

In the Autumn of 1906 Seton was again lecturing in England, and at this time met Baden Powell, and, to use Seton's own expression “found him ablaze with interest”. By this time the little “Red Book” had expanded and become the “Birch Bark Roll” of 1906 editions and a copy was given to Baden Powell. It seems that this was a momentous occasion for Baden Powell had been asked to re-write his brochure “Aids to Scouting” which had been written for the benefit of soldiers, and make it suitable for a hand book for the use of the “Church Lads” of England.

Many times I have stood at the junction point where two great rivers meet and watched the mingling of the waters. Sometimes in India one hears an expression which indicates the mingling of the Ganges and the Jumna Rivers. It is used when a man's hair, while still black, is just beginning to show the first grey hairs. The mingling of the waters is easily understood, and the stream that follows the intermingling sometimes shows indication of both origins, and some­times one of the original streams seems to have swallowed up the other. When two such men as Seton and Baden Powell meet and the stream of their ideas whose sources were in different mountains, mingle, one need something more then common eyesight or even insight, to say of the following stream, “This came from this stream and that from that stream”. True, there may be bits of driftwood that could only have come from one of the contributing streams, or a sediment or coloring that could only flow from the other. But in a stream of mingled ideas, how difficult it is to trace origins.

Take even so simple a word as “Scouting”. Both men had used it previous to their meeting; both had printed something about it. One had in mind Indian Scouting adapted to boys; the other had in mind aboriginal Scouting, adapted to soldiers. Whether Baden Powell got his ideas of Scouting from natives of Africa or not, I do not know, but Seton undoubtedly got his ideas from the Indians of North America. Both men, however, were familiar in a general way, through reading, with the various forms of native Scouting the world over. In 1906, Scouting as such, was a minor, and Woodcraft a major activity in the Woodcraft Indians, but when the Boys Scout Movement was publicly inaugurated in England in 1908, Scouting in that organization was the major idea, with Woodcraft as minor activity. Just as the word Woodcraft had been stretched in America to cover almost every kind of outdoor activity, now the Boy Scout idea was stretched to include almost any kind of activity that appealed to boys. The chemistry of ideas is quite beyond me, but I have seen, or at least been among those present when hydrogen and oxygen were mixed in the old reliable formula of H²0 and the two gases turned into water.

The chemistry which explains how two gases mixed become a liquid is difficult enough, but the chemistry of mixed ideas is something quite beyond my comprehension.

In the period between October 30, 1906 when Seton and Baden Powell first met, and the public inauguration of the Boy Scout Movement in England, January 24, 1908, I do not discover that the Woodcraft Indians had changed their program much or materially because of that momentous meeting, but the idea of “Scouting” in the mind of Baden Powell seems to have undergone a significant change, and some of this undoubtedly because of his contact with Seton. It is because I saw Seton, with lavish generosity, share his ideas with all who would accept, in America, that I am confident he did likewise in England, and especially so when he found so eager a listener as Baden Powell. How great was this contribution of ideas by Seton there is no way of knowing. Does the chemistry of ideas explain how two original ideas, when suitably mixed, may produce a third that bears little or no resemblance to either of its contribut­ing parts?


It was during the latter part of 1908, and more particulary during 1909 that the influence of the English Boy Scout Movement began to be felt in America. Copies of the English Handbook were found here and there and visitors returning from England began to tell about the Scouts. In Toronto, Canada, “Scouting for Boys” was presented to the boys' cabinet in the Y.M.C.A. and re­ceived with ridicule, finally being voted down. The older boys thought it savored of the “tin soldier idea”. They pictured each other Scouting round the country, hiding from the enemy behind trees and rocks. The word “Scouting” suggested eavesdropping and snitching. To be a Scout, (they thought) was not a very honorable distinction, so they turned it down, but were unanimous in de­siring some kind of a group program. Then, just as a few years earlier, some leaders had picked this and that from the Seton Indian program, they began to pick and choose what they thougt desirable from the Scout program. Thirty two groups were organized, but the three groups which followed the Scout program most closely proved to be the most successful.

In October 1909 a public meeting was called by some prominent military man who had visited Great Britain the preceding summer and been impressed with the Scout Movement. The meeting was held in the Armory but the speakers assured the audience that Baden Powell clearly stated that the Movement was non military in its purpose. A council was organized, the city divided into seven divisions with local committees and some 1500 boys were enrolled. In England, in the be­ginning of Scout popularity, they had to contend with “Monkey Scouts”, so in Canada the same thing occurred. Irresponsible groups began to ape the Scouts and bring discredit on the genuine Scout Movement. In both cases a strong organization­ was needed to suppress and restrain these “monkey patrols”. It has always seemed to me that Seton's organization suffered more from “monkey Indians” or irresponsible and incapable imitators than from any other cause, and no adequate governing body undertook to remedy this problem.

When the English Boy Scout Handbook began to appear in scattered locali­ties in the U.S.A. various leaders of boys in various ways began to adapt and modify and pick and choose from the program. These efforts ranged all the way from merely adding a little Boy Scout garnishing to an existing program, to a whole hearted effort to try the entire program with a newly organized group. In addition to the danger of disintegration came the danger of exploitation. The “swivel chair Scout Master” who wanted all the honor while an assistant did all the work, was sometimes a Sunday School teacher and sometimes a Clergyman eager to capture the following of the boys for the benefit of his organization or special interest. There were others who would like to have exploited this new interest, and it soon became apparent that some kind of National supervison was necessary.

It was my privilege, early in 1910, to call together a group of men interested in the leadership of boys and to propose the forming of a National Comittee. The meeting resulted in the appointment of a Committee on Organiza­tion, with executive powers, pending the organizing of a permanent National Com­ittee. The unanimous choice for Chairman of this organizing Committee was Ernest Thompson Seton, and later, when the permanent organization was completed, he was unanimously chosen as “Chief Scout”. As I look back on the five years that followed, and recall how whole heartedly he threw himself into an effort to promote the Boy Scouts of America at he beginning of this period, and how grieved he was at the end, I realize something of the tragedy and disappointment that over­took him. No man could have been more generous with his time and effort. His zeal and energy were astounding. He wanted to contribute all of his Woodcraft Indian program to this new movement, to have it merge in the blood stream and lost its identity as a separate outside movement. He stood prepared to give freely all of his ideas and experience and ability. He was astounded at the reluctance of this new Committee to swallow at a gulp what he was so eager to give. With increasing bewilderment it dawned upon him that this new movement in America, true to form, only wanted to pick and choose from the program that he had created. To him it seemed that the tendency was to choose the less important, and ignore the more important items in his original program. At the beginning of the Scout Movement in America, the name of Ernest Thompson Seton was a great asset, for he was nationally known through his books and lectures, and recognized, (as ever) as an authority in Nature Study, Woodcraft and Indian lore. This new, vaguely understood and much misunderstood movement needed a sponsor of National reputation.

Only those who were on the inside of the Movement in those early, hectic days, have any idea of the confusion that prevailed on the outside. The newspapers of the country heralded the formation of the National Committee, and letters poured in at a rate that swamped the newly opened office. There was pressure to send out quickly some leaflets giving information to inquirers. Seton undertook to write a manual under speed pressure, and the pressure of “Americanizing” the English Manual sufficiently to make it acceptable in the United States. Seton worked night and day on this thankless job and the hurriedly printed manual was ready for distribution at the dinner given to Baden Powell in New York in September 1910. It served its purpose in helping stem the flood of inquiries while an Editorial Com­mittee undertook to revise the material more carefully for a second edition. Small wonder that that first hurried edition proved inadequate when one listened for hours to the committee on revision as it debated what should go into that second edition, and how it should be phrased.

In August 1910, Seton conducted an experimental Scout camp at Silver Bay, New York. In some ways this might have been considered a “make shift” camp for it started out with one idea, and then tried to adapt itself to another. It was a typical case of “the mingling of the waters of two great rivers”. The camp had its origin in a challenge. In the previous year I had said to Seton, in effect, “Yes, your camp is fine, your ideas are fine, but just how far our Y.M.C.A. leaders will accept them is another question. Will your ideas work with the kind of older boys with whom we have to deal? Are you willing to demonstrate to a group that I will assemble at Silver Bay, New York, next August?” Without hesitation, Seton accepted the challenge and prepared to demonstrate how the “Woodcraft Indians” would conduct a camp.

We agreed in advance on several lines of procedure that were not in common use in Y.M.C.A. boys' camps. Among them were these: (1) Only volunteer leadership - no paid help of any kind. (2) Twenty groups of 6 older boys and one volunteer adult, from 20 different cities. (3) No chef. Each group to do its own cooking. (4) No competitive sports. (5) Each group to make and bring its own tepee. (6) Each boy to bring one six foot bow and 6 arrows. (7) Tepees to be pitched at random but no one within 100 feet of any other. (8) Each group to make its own fireplace for outdoor cooking, etc. All of these preparations, were made before the Boy Scouts of America was organized, but before the Camp convened, Seton had become the Chief Scout of that organization. He had to face the problem of merging the ideas of the Woodcraft Indians with which he was familiar, with the ideas of the new and somewhat vaguely understood ideas of the Boy Scouts with which he was less familiar, but of which he was looked upon as the National Leader or Chief. The situation was a difficult one, but his response was typical. He threw himself with abandon into the enterprise giving not only two full weeks of time at the camp but also time in the preparation. He brought equipment, tracking irons, gorgeous blankets, tom-toms, etc. and all entirely at his personal expense. He kept 120 boys of High School age so busy for two weeks doing things they had never done before that they had neither the time nor the inclination to play a game of base ball although a fine athletic field and all equipment was within a few hundred yards of the camp.

He experienced no difficulty in interesting the boys and giving them one of the most unique and enjoyable adventures of their lives. It was only when he remembered that he was Chief of the Boy Scouts that the difficulty began. He as sincerely trying to conduct the camp on Boy Scout lines, and yet incorporate into it the heritage of the Woodcraft Indians. It is because his position in this camp illustrates so well his position in trying to merge these two movements into one that I mention it here. The two programs might have much in common, but there certainly were points here they could not mix. Baden Powell was a conformist by inclination I think, as well as in experience. Seton was non-conformist by nature, inclination and experience. Baden Powell, by training, a military man, saw all the virtues that inhered in discipline, organization, regularity, standardization, etc., etc. Seton was more than non-military; he was anti-military. He hated to see tents all pitched in a straight line. He refused to rise, go to meals, go to bed at a certain time, and on bugle call. He insisted on freedom to follow inclination and the liberty of doing what you want to do when you want to do it. How could any one expect a non-military, non-conformist nature to follow a plan devised by a man of miliary instincts and great respect for the values of conformity. In the Camp, he tried his best to follow Boy Scout tradition, but the Indian Scout tradition could not be suppressed for it was involuntary, and naturally it prevailed. I think that group of boys enjoyed Seton's way of camping more than they would have enjoyed a more stereotyped way, but how much of that was due to Seton's magnetic personality, it is hard to say.

The Boy Scout pro­gram does not demand so versatile a leadership, or so unique a type. It is easier to find ten men who can successfully lead in the Scout program that it is to find one man who can measure up to the peculiar demands of the Woodcraft Indian program. Mechanical drawing, with T Square ruler and compass is difficult enough, but the high degree of artistic talent needed to produce an acceptable oil painting is beyond the average man. One finds difficulty in comparing the value of a simplified program that anyone can follow with one that is so difficult that only relatively few can attain it.

I have been entertained in six different houses that Seton has built; three in Connecticut, and three in New Mexico. No one of these houses resembles an other. All defy architectural tradition, yet all are practical, and to me, beautiful. Seton says Nature authors a straight line and a flat color, for her lines are curved or crooked and her colors are mixed, or mottled. So when he builds a house, he follows nature rather than convention. He sees no reason why a ridge pole should be straight, for a graceful curve looks better to him. He sees no good reason for laying slates on the roof in even rows, and of the same color and shape, so, with many colored slates of many shapes and sizes laid on irregularly, and with broken corners, he produces the mottled effect, producing in his crooked, irregular roof a thing of beauty. He sees no good reason why any two sides of a house need be painted the same color, nor why any one side should be all of one color, so I discovered one side of his house in a rose color at a lower corner, fade away into cream or buff color in the diagonal corner. Another side of the house started with pale green at one corner, flecked with spots of yellow, and faded into a delicate yellow flecked with tiny green specks. The whole effect revealed the spirit and the handiwork of an artist. Seton is not only unconventional in a passive way, but he is in open rebellion against many conventions that to him seem absurd. He is absolutely fearless physically and spiritually. He is an individual who towers above the crowd and refuses to be led by any mere majority vote. It has been said of “the bull in the china shop” that there is nothing bad about the bull, nor anything bad about the china shop, but it is merely a bad combination. Seton in the woods, unhampered and unrestrained, was magnificent but placed in a position where he was hemmed in by convention and regulation, and where a strong committee with various points of view had to be convinced before he was free to act, was quite another matter. Give him a free hand in building a house, and he will develop the kind of house that never was seen before, and it will be efficient and economical and beautiful. Given a free hand in an organi­zation that he could dominate and control, an original and effective program would be developed, but tie him down to any stereotyped program, no matter how good and he was not happy. His ideas came too freely to be fitted into any semi­-rigid scheme. He could change his mind in the twinkling of an eye. Something would arrest his attention and a new idea would spring into being. I am not sure that I know what is meant by “dynamic equilibrium” but there was about him that suggestion of a dynamic power held in leash, that might break loose.

The power of a great National organization lies not so much in the ability of any one man, no matter how capable, who will furnish all the ideas, as in a welding together of the ideas of many strong men of divergent abilities and experiences. To build an organization around the personality of one indispensable man is to risk utter collapse when such a man drops out. To build an organization on the fused contributions of many strong men makes possible an uninterrupted succession as in time one by one each man in the group must eventually be replaced. To build a national organization around such an extraordinary and irreplaceable man as Seton would be to court ultimate disaster, but to put his many original, and oft times revolutionary ideas into a common melting pot seemed to have insuperable difficulties. It is no more possible for Seton to have a successor than for Thomas Edison, but the contributions of these two men will never die. No one will arise who will be exactly like either of them, but many men will profit by their discoveries.

Baden Powell was right when he said “The Boy Scout Movement has had many fathers”, and he publicly acknowleged that Seton was one of them. It would at least approximate the truth if one would say “The Woodcraft Indians had but one father”. Once I heard Baden Powell tell of how he went about the task of develop­ing a training school for Scoutmasters. He consulted all the leading educators he was able to contact. The result was a list of over 200 books, each one of which was regarded as absolutely indispensable by someone of recognized ability. He said it was evident that such a reading course for Scoutmasters was im­possible so he started a practise school rather than a theoretical school. The incident reveals the man who was eager for collaboration and ever seeking it in a widespread field.

When Seton started his “College of Indian Wisdom” at Santa Fe, he brought in some educators, and some teachers of practical crafts, including a number of Indians. Valuable as was this “outside help” the fact remained that Seton himself was the Chief ingredient in the course and without him the enterprise could not continue. It is impossible for him to cast his mantle on the shoulders of another man or spread it effectively over the shoulders of a group of men, for his mantle does not fit any shoulders but his own. The school that Baden Powell started, because of its simplicity, can he carried on without him, but I do not see on the horizon any one who can take Seton's place at the centre of the “College of Indian Wisdom”. I shall always think of Ernest Thompson Seton throwing off sparks like an emery wheel – broadcasting ideas. I shall always think of him as on the giving end of the line, not the receiving end. The words of Robert Browning sing in my ears as I think of him:

„Cieszcie się, że jesteśmy sojusznikami
To właśnie jest dar, który nam dał
Bez zdobycia sławy. Nic za to nie przyjął!
Swoją iskrą z ciemności nas obudzał;
Och, jak blisko od Boga miał
dawał więcej, niż całe pokolenia
żródło mojej wiary, godne zaufania.”



  1. Y.M.C.A. office was in the 1902 year in a building on the corner of the Fourth Avenue and 23rd Street. Madison Square Park, where was first public exhibition of the Seton Indians, was practically around the corner and Waldorf-Astoria hotel was about a quarter of an hour’s walk away. The Fourth avenue was renamed Park Avenue in 1959.
  2. The original Waldorf-Astoria hotel, which stood on the corner of 5th Avenue and 34th Street, was actually complex of two hotels. Buildings was demolished in 1929 (the owners built a new hotel of the same name elsewhere) and on the original plot was built in 1931 Empire State Building – until 1970 the tallest building in the world.
  3. E.M.R. in draft: … about 8 or 9 years.
  4. E.M.R in draft: … at all about the accumulations possessions.
  5. G. G. Peck Things Learned in Seventeen Consecutive Seasons in One Boys' Camp, April 1902 str. 51
  6. 6,0 6,1 Edgar M. Robinson Boys Savages, August 1902 p. 127
  7. Edgar M. Robinson Methods of Grouping Boys, p. 202
  8. Charles B. Horton Fun making at Camp, June 1903 p. 80
  9. F. R. Denis White Man and Indian, June 1903 p. 97
  10. George D. Bivin The Buffalo Wild Indians, February 1904 p. 38
  11. M. D. Crackel Organized Bands of Indians, p. 62
  12. E. T. Seton Laws of Seton Indians, June 1905, p. 99
  13. E. T. Seton How to play Indian, June 1905, p. 142
  14. Luther Gulick Studies of Adolescent Boyhood:
  15. A pawnee indian camp, 168